|    |
 |
|
Eliot Pattison "Mantra czaszki" (Dom Wydawniczy Rebis,
Poznań 2002, seria
"Salamandra", przełożył Norbert Radomski)
Tybet. Kolejne miejsce niedostępne dla ŁOSia, ale nie mniej fascynujące
niż Alaska czy Norwegia.
Tybet naszych czasów, czyli pod okupacją Chińczyków. Duchowość buddyjska
wobec pustych haseł komunistycznej propagandy. Wolność umysłu w zniewoleniu
i hańbie. Prosta prawda kultury i tradycji wobec nienaturalnie zagmatwanej
ideologii. Autorowi udało się wspaniale oddać te skrajności. No i można
zrozumieć tą potworną sytuację, jakiej muszą stawić czoła Tybetańczycy.
Wszystko to w jednym z najbardziej niesamowitych zakątków ziemi.
Czyta się wspaniale. Osią książki jest wątek sensacyjny wokół zwłok
prokuratora dystryktu odkrytych na terenie jednego obozu pracy. Pod tym
względem opowieść przypomina książki Conan Doyle'a czy Aghaty Christie.
Słynący ze swojego okrucieństwa naczelnik więzienia, Tan na rozwiązanie
zagadki przestępstwa wyznacza... jednego z więźniów - Chińczyka Shana.
Kiedyś był on bowiem inspektorem w Pekinie tak wnikliwym, że znalazł
się w tybetańskim obozie pracy razem z buddyjskimi mnichami. I właśnie
jego postać jest tu kluczowa.
Paradoksalnie, życie więzienne stało się dla niego nowym życiem. Przebywanie
z ludźmi o tak wielkiej duchowości pomaga mu wydobyć własne zagubione
człowieczeństwo. Inspektor wszczyna śledztwo, którego ślady idą w kierunku...
jednego z buddyjskich demonów.
Mały fragment:
"Celę wypełnił cichy, specyficzny dźwięk, niby szelest piór, który stał
się elementem nocy Shana: szmer mantr szeptanych bezgłośnie przez tuzin
ust. Dłonie Choje znów ukazały się w kręgu światła, zaczynając kazanie.
Gest, od którego rozpoczęły, nie pojawiał się wśród nich zbyt często:
uniesiona prawa dłoń, wnętrzem zwrócona ku patrzącym. Mudra oddalania
lęku. W baraku zaległa nieprzyjemna cisza. Jeden z młodych mnichów
głośno połknął powietrze, jak gdyby nagle dotarła do niego doniosłość
tego, co się dzieje. Potem dłonie znów się przesunęły, splotły, środkowe
palce zwróciły się w górę. Diament mądrości, symbol oczyszczenia umysłu
i jasności celu. To było całe kazanie. Dłonie nie poruszyły się więcej.
Uniosły się w mroku zastygłe w tym geście, jakby wykute z jasnego granitu,
podczas gdy więźniowie kontemplowali je. Przesłanie nie mogło być wyrażone
dobitniej, nawet gdyby Choje wykrzyczał je z górskiego szczytu. Ból
się nie liczy, mówiły dłonie. Skały, pęcherze, połamane kości - to
wszystko nie ma znaczenia. Pamiętajcie o swoim celu. Czcijcie swe wewnętrzne
bóstwo opiekuńcze."
powrót do: książki
do góry
|
|